... z łezką w oku będziesz wspominać ten dzień ... któraś z Was napisała mi ten tekst kiedy panikowałam przed ślubem, że napewno nie zdążę ze wszystkim - i miała rację, chociaż nie za bardzo rozumiałam wtedy o co chodziło. Mimo ogromnych emocji, które opuściły nas dopiero kilka dni po ślubie na zawsze zapamiętamy ten piękny dzień. Uśmiechnięte miny naszych gości, radość i zabawę. I tą głupawkę, która nas ogarnęła jak tylko weszliśmy do kościoła.
Od rana wszystko zapowiadało się, że będzie ok, ale przed samym wyjściem z domu rozpadał się deszcz ... jak to mówi przesąd deszcz musi być żeby były pieniądze:-) próbowłam być jeszcze optymistką ale było trudno.
Do kościoła prawie się spóźniliśmy bo nasz kamerzysta pomylił Leśnicę z Oleśnicą i o mały włos zostalibyśmy bez fotografa. Dojechaliśmy na 3 minuty przed 17.00 Wyszedł po nas młody i miły ksiądz, który przyznał na wstępie że ma większy stres od nas:-) Wzięliśmy głęboki wdech i ruszyliśmy ... pierwsze kroki były najtrudniejsze wszyscy patrzyli na nas idących do ołtarza za księdzem, miliony myśli i spojrzeń i ta odrobinę przydługa suknia, która plątała się pod nogami nie pozwalała iść trwało to zaledwie kilka chwil ale dla mnie trwało to wieczność.... Aż do momentu kiedy minęliśmy zebranych gości i nagle przed ołtarzem byliśmy tylko MY - ksiądz, Bóg i relikwie Świętej Beretty (patronki małżeństw i ogniska domowego - czy to przypadek?)... jedno nasze spojrzenie w oczy i pytanie księdza czy jesteśmy gotowi - cały strach i przerażenie zniknęło - zmieniło się w radość i uśmiech który nie opuścił nas już tego dnia ani na krok.
Jak wyglądała reszta ...?? Bardzo tradycyjnie i długo by opowiadać ale było dokładnie tak jak sobie wymarzyłam:-)
Dla ciekawskich krótki filmik z tego dnia


